sobota, 21 marca 2015

Rozdział 4 - Alison - GTA vs. Scrabble

   Biegnę do domu Tresha. Naprawdę jestem ciekawa, co takiego go zaskoczyło.
   Nie pukam, otwieram drzwi. Tam zastaję bardzo niecodzienny widok. Na kanapie siedzi Logan, jedząc pomidora. Za to Tresh stuka w klawisze telefonu. Nagle podnosi głowę i mnie zauważa.
-O, cześć – wita się. – Popatrz, co znalazłem w lesie – wskazuje palcem na Logana.
-Nie ,,co”, tylko ,,kogo”! – krzyczy drugi.
    Potem Tresh w skrócie tłumaczy mi, jak do tego doszło, że w późny piątkowy wieczór Logan siedzi u niego w domu.
-No i co my z tym zrobimy? – zastanawiam się.
-Logan, znasz może numer telefonu do swoich rodziców? – pytam z nadzieją w głosie.
   Chłopak kręci przecząco głową, a ja dziwię się, jak można takiej rzeczy nie wiedzieć.
-Jest Esteban? – pyta Tresh.
   Esteban mieszka w małym domku widocznym z naszej rezydencji.
-Nie wiem. Zadzwoń do niego.
   Tresh wstukuje numer Estebana i przykłada telefon do ucha.
-Weź na głośnomówiący – nakazuję.
-Okay.
   Po pięciu sygnałach słyszymy zniecierpliwiony głos szofera.
-O co chodzi?
-Gdzie jesteś? Potrzebujemy cię.
   Słyszymy westchnięcie.
-Słuchaj, Tresh, to nie są moje godziny pracy. Jestem zajęty.
-No a za ile byłbyś dostępny?
-Nie wiem, mam romantyczną kolację z Karen!
   Tłumimy w sobie śmiech. Karen to piękna pani prawnik, która nijak nie pasuje do Estebana. Pewnie poszła na randkę z litości. Co jakiś czas reprezentuje Tresha w sądzie. Między innymi, zajmowała się sprawą, kiedy ten bawił się zapałkami w szkolnej bibliotece. Jedna z zapałek go oparzyła, więc upuścił ją na regał z książkami, a dalej już idzie się domyślić, co się stało. Zawsze kończy się na grzywnie. Dość wysokiej, ale to i tak lepsze niż poprawczak, który zazwyczaj mu grozi.
-No to zadzwoń do nas, gdy będziesz już po kolacji – powiedziałam, modląc się w duchu, aby nie doszło do niczego więcej.
-Zadzwonię. Pa!
   Tresh rozłącza się i rzuca telefon na kanapę. Uświadamiam sobie, że może czekać mnie spędzenie nawet kilku godzin z Loganem, bo przecież nie mogę zostawić Tresha samego w takiej sytuacji. Jeszcze coś by mu zrobił.
-Dobra – zaczynam – czas minie szybciej, jeśli się czymś zajmiemy.
   Logan natychmiast się ożywia.
-Pouczymy się? – pyta z nadzieją.
-Nie - Tresh i ja mówimy jednocześnie.
-Myślałam raczej o jakiejś grze – tłumaczę. – Może monopol?
   Tresh jęczy.
-A może GTA?
   Zabijam go wzrokiem.
-No to chociaż FIFA… - wzdycha, bo już wie, że przegrał tę bitwę.
-Nie – ucinam. - Logan, lubisz monopol?
-Lubię, ale wolę scrabble.
-O, ja też. Tresh, masz scrabble?
-GTA! – próbuje raz jeszcze.
-Masz. Pójdę do twojego pokoju i przyniosę.
   Biegnę po schodach i wchodzę do pokoju Tresha. Ojej, ale bałagan! Na łóżku widzę trzy puste pudełka po pizzy, na biurku puste butelki coli, a krzesło zawalone stertą ubrań. Czuję, że brudnych. Otwieram jego szafkę z grami. Przynajmniej tam jest porządek. Pewnie nie otwierał jej, odkąd dostał konsolę. Wyjmuję scrabble i schodzę na dół.
-Masz straszny bajzel w pokoju – mówię do Tresha.
-No i dobrze. Im większy bałagan, tym bardziej przytulnie.
-Mnie się tam nie bardzo podobało – mruczę.
-I dlatego tamto miejsce to mój pokój. W swoim rób, co chcesz.
   Kręcę głową, zastanawiając się, jak spanie wśród pudełek po pizzy może być przyjemne. 

piątek, 20 lutego 2015

Rozdział 3 - Tresh - Zguba w lesie

   Siedzę w altance z Alison i bachorami, jedząc już czwartą kiełbaskę. W końcu odpuszczam sobie piątą i otwieram czekoladę. Jane natychmiast pakuje łapska w opakowanie, mimo że nawet nie zdążyłem jej dobrze otworzyć.
-Won mi z tymi łapskami – warczę.
-No to daj tę czekoladę na stół – odpowiada bachor.
-Proszę – to mówiąc rzucam tabliczką czekolady na stolik.
   Mała dziewczynka urywa sobie cztery paski czekolady.
-No co ty robisz?! – denerwuję się.
   To przecież mi mama Alison dała te smakołyki.
-No co? – pyta z pełnymi ustami. – Lubię czekoladę.
-Każdy lubi czekoladę – cedzę przez zaciśnięte zęby.
   Najchętniej poszedłbym stąd jak Roksana, ale nie mogę zostawić Alison samej. Od Roksany nikt niczego nie wymagał, bo tak naprawdę jej też nikt nie lubi. No ale nie jest nawet w połowie tak irytująca jak przyjaciółka Nicole. Naprawdę, nie rozumiem, dlaczego tak inteligentna dziewczynka się z nią przyjaźni.
-Która jest godzina? – pyta Nicole.
-Dwudziesta dochodzi – odpowiadam.
-To może my już pójdziemy się myć – Nicole wstaje razem Jane.
   Idą, zostawiając Alison i mnie samych.
-Jakie głupie dziecko – załamuję ręce.
-Jak but z lewej nogi.
   Wspólne gasimy ognisko i zabieramy jedzenie do domu Alison. Żegnam się z nią i jej mamą, która wciska mi na pożegnanie moje ulubione pierniczki.
   Wracam do domu, gdzie rozwalam się na kanapie, odpalam telewizor i skaczę po kanałach. Trafiam na program dokumentalny o nietypowych uzależnieniach. Od pewnego czasu ciągle na niego trafiam i śmieję się z ludzi, którzy tam występują. Dziś jest o kobiecie, która nałogowo je gąbki. Już wiem, z czego jeszcze się pośmieję dziś wieczór.
   Po programie idę zjeść pierniczki od mamy Alison. W tym samym czasie dzwoni do mnie telefon. Dowiaduję się, że moi rodzice są z rodzicami Roksany na jakiejś imprezie i nie będzie ich przez całą noc. Żadna nowość.
   Nie wiem, co robić, więc wychodzę z Kotem na dwór. Oczywiście nie obędzie się od rozwrzeszczanych bachorów, które muszą pogłaskać. I stale te pytania: „To husky?”. A ja muszę cierpliwie im przytakiwać.
   Wychodzę z domu. W jednej ręce trzymam smycz, a w drugiej batona. Zamykam dom i udaję się w stronę małego lasku. Gdy dochodzę na miejsce, spuszczam Kota ze smyczy tak, aby mógł się wybiegać. Jestem niezmiernie szczęśliwy, bo po drodze nie spotkałem żadnego dzieciaka. No tak, przecież już po dziewiątej, pewnie śpią. Już mam nadzieję, że tak będzie do końca, gdy słyszę za plecami jakiś głos.
-Tresh?
-Logan? – pytam, mając cichą nadzieję, że to na przykład Alison,  która miała dziś wieczór przebrać się za małego kujonka.
-Co ty tu robisz o tak późnej porze?
-Zmiłuj się, jest piątkowy wieczór i nawet ty jeszcze nie śpisz.
   Twarz Logana nagle robi się pochmurna.
-Wierz mi, bardzo bym chciał, ale zgubiłem się.
-Dlatego lalusie nie powinny wchodzić do lasu – mruczę pod nosem, a on robi się czerwony.
   Oczy Logana zachodzą łzami.
-Poomóóóż – ryczy, a z nosa zwisa mu długi, obleśny glut.
   Natychmiast sięga po chusteczkę i wyciera nos. To pewnie jedna z bardziej ekscytujących czynności, jakie wykonywał w tym tygodniu.
-Dobra, a nie masz przy sobie telefonu, czy coś…?
   Patrzy na mnie jak prokurator na kryminalistę.
-Czy ty jesteś poważny?! Nie wiesz, jak takie rzeczy uzależniają?!
   Że też akurat dzisiaj zostawiłem telefon w domu, aby się naładował.
   Nie mam ochoty dłużej prowadzić tej dyskusji, a przecież nawet ja nie jestem takim chamem, by zostawić tę bezbronną pierdołę w lesie na pastwę losu.
-Okay, chodź do mnie. Stamtąd zadzwonisz.
   Wkładam dwa palce do ust i gwiżdżę, a po kilkunastu sekundach Kot staje przy mojej nodze.
   Logan nie wygląda na miłośnika zwierząt.
-T-t-to p-pies? – pyta.
-Co? Skąd ci to przyszło do głowy? To moja złota rybka, nie widać?
                                                       * * *
-Ty naprawdę tu mieszkasz? – pyta Logan, gdy docieramy na miejsce.
-Tiaaaa. Chcesz coś zjeść?
-Mogę. Nie przepadam tylko za czerniną, móżdżkiem małpy i kawiorem. I chipsami. Chipsy to rak w postaci plasterków, które ponoć są z ziemniaków. I cukierków, które są jednym z wielu wcieleń próchnicy. I…
-Dobrze, dobrze, odgrzeję ci pizzę.
-Zwariowałeś?! Wiesz, ile ona ma…
-Dobra! – przerywam mu. – A chcesz zapiekankę?
-Ser jest niezwykle tuczący.
-To może chcesz tylko wodę? – pytam zrezygnowany.
-Proponowałeś jedzenie – przypomina.
   Tracę już cierpliwość. Trzeba było zostawić go w lesie.
-No to sam sobie coś z mojej lodówki wybierz! – krzyczę.
-Nie wypada – odpowiada całkowicie opanowany.
   Pomocy! Nie wytrzymam, a ja bardzo nie chcę spędzać dwudziestu pięciu lat w więzieniu.
-Co lubisz? – daję mu ostatnią szansę.
-Pomidory, paprykę, brukselkę, marchewkę… - wymienia.
   Wyciągam z lodówki pomidora i rzucam go Loganowi. Ledwo łapie, ale to i tak więcej, niż się spodziewałem.
- A sztućce? – pyta.
-Do pomidora?!  Jedz jak pomarańczę.
-Czyli mam go obrać?
   Ręce mi opadają.
-To jak jabłko! – drę się.
-A dostanę chociaż talerz?
-Ta, weź sobie. Ja pójdę po telefon.
   Tym razem Logan nie mówi nic o tym, że to niekulturalne.
   Lecę na górę i chwytam za telefon. Jest naładowany. Zanim go znoszę na dół, szybko wysyłam SMS do Alison.
Alison, pomocy!
    Otrzymałem odpowiedź od razu.
Co jest?
   Odpisałem:
Nie uwierzysz, póki nie zobaczysz. Przychodź!

sobota, 7 lutego 2015

Rozdział 2 - Roksana - Nienawidzę dzieci

   Siedzę w swoim pokoju i oglądam telewizję. Jestem wkurzona, bo miałam iść z moją przyjaciółką na zakupy, ale „coś” jej wypadło. Usiłowałam wyciągnąć jakiekolwiek wytłumaczenie, ale spławiła mnie typowym ,,muszę już kończyć”. Tak więc w piątkowy wieczór zostałam kompletnie sama w wielkim, nudnym domu.
   Z racji tego, że pomysł oglądania jeszcze jednego odcinka ,,Świata według Bundych” nie przypada mi do gustu, wychodzę do wspólnego ogrodu, który dzielimy z dwiema pozostałymi rodzinami. Siadam na ławce w altance i gram na telefonie, dopóki nie podlatuje do mnie Kot, pies Tresha.
   Głaszczę go po pysku i przytulam.
-Puść go, bo się pcheł od ciebie nabawi – słyszę wesoły głos jego właściciela.
-Jak już, to na odwrót – fukam.
-Ale przecież to ty się do niego przytulasz – gasi mnie.
   Spoglądam na Kota, który teraz wcale nie wydaje mi się taki uroczy.
-Idź mi stąd! – warczę na niego, a on posłusznie to robi.
Tresh wchodzi do altanki.
-Najlepiej by było, gdybyś ulotnił się stąd tak jak twój pies.
-Ale widzisz… zaraz rozpalę ognisko – podrzuca zapałkami.
-Świetną pogodę sobie wybrałeś – mówię z przekąsem.
-To nie ja, tylko Alison. Mieliśmy grać, ale jej się najwyraźniej nie chce, a to jej pomysł zastępczy.
-Aha.
   Tresh rozpala ogień, a ja czuję, że robi mi się gorąco. Jestmi bardzo przyjemnie, jednak po chwili przychodzą Alison, Nicole i jej tłustowłosa przyjaciółeczka, której imienia nie pamiętam. Wszystkie trzymają w rękach paczkę z piankami i koszyczek z chlebem.
-A gdzie kiełbaski? – oburza się Tresh.
-W domu – odpowiada mu Alison. – Chcesz, to idź do mojej mamy i weź, jeśli chcesz.
   Chłopak pędzi do środkowej części naszej rezydencji jak błyskawica. Kiełbaski najważniejsze.
   Siadamy na ławkach w altance. Obok mnie siada ta koleżaneczka Nicole. Jak się okazuje, ma na imię Jane, czy tam Jade. Nie słuchałam za bardzo…
W tym samym momencie wraca Tresh. Oprócz kiełbasek ma też colę, dwie tabliczki czekolady i paluszki.
-Moja mama cię uwielbia – Alison kręci głową.
-Wiem.
   Kilka minut później wszyscy jemy. Tresh ma na swoim talerzu trzy kiełbasy, Alison jedną, Nicole i tłustowłosa wpycha ją w siebie pianki, a ja zajmuję się zwykłym przypieczonym chlebem. Czekolady do tej pory nikt nie tknął.
   Koleżanka Nicole co jakiś czas zwraca się do mnie przesadnie słodkim tonem i prawi mi komplementy. Właściwie nie wiem, co chce w ten sposób uzyskać.
-Ładne buty – mówi znowu, patrząc na moje nowiutkie zamszowe koturny. – Gdzie kupiłaś?
-One są na ośmiocentymetrowym obcasie, dziewczynko – mruczę.
-No i co z tego?
   To dziecko zaczyna mi coraz bardziej działać na nerwy. Puszczam jej pytanie mimo uszu, ale mała nie odpuszcza.
-Fajna bluzka. Też mam taką z wystającym językiem.
   Nagle światełko nadziei zapala się w mojej głowie.
-Słuchasz The Rolling Stones?
-Co to?
   Światełko równie szybko gaśnie. Widać, że Tresh również jest załamany.
-Na tej koszulce jest ich logo – wtrąca Nicole.
-Aha – jej przyjaciółka ucina temat. – Ładnie pachniesz – znów zwraca się do mnie. – Co to za zapach?
-To mydło – mówię przez zaciśnięte zęby.
-Super. Ja kupuję takie niebieskie w Rossmanie. A ty?
   Przytakuję, choć wątpię, żebym miała mydło firmy ,,Niebieskie”.
-A jakiego szamponu używasz? – drąży Jane/Jade.
   Nie wytrzymuję.
-A jakim olejem ty myjesz włosy? – pytam ją, a Tresh wybucha śmiechem. Alison też uśmiecha się pod nosem.
-Ja używam szamponu – mówi dumnie.
   Wtedy nie wytrzymujemy i wszyscy wybuchamy głośnym śmiechem. Chcę się stamtąd zmyć, bo mam już dosyć tego dziecka. Wstaję i wychodzę z altanki.
-Dokąd idziesz? – pyta tłustowłosa.
-Do domu.
-Czemu? – przyjaciółeczka Nicole posmutniała. - Bo mnie wkurzasz – odwracam się na pięcie i idę w kierunku mojego skrzydła.

Bardzo dziękujemy za tyle wyświetleń, nie spodziewałyśmy się tak wielu. Prosimy oczywiście o komentarze, gdyż liczymy się z opiniami innych. Dziękujemy zarówno za krytykę, jak i za pochwały i spodziewamy się, że będzie ich jeszcze więcej
Natalia i Weronika

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 1 - Alison - Legenda

-Pospieszcie się!
   To Esteban, nasz szofer. Zawsze odwozi  nas do szkoły. Nas to znaczy moją siostrę Nicole, Tresha, Roksanę i mnie.
-Już idę! – odkrzykuję. – Nicole, chodź – mówię do małej.
   Łapie za torbę i rusza za mną.
   Gdy wychodzę widzę, że Roksana właśnie wchodzi do samochodu, a Tresh już w nim siedzi. Zawsze są pierwsi. Nie wiem czemu, bo przecież wstaję na czas.
   Podchodzę do auta i otwieram drzwi. Pierwsza wchodzi Nicole i siada naprzeciwko Tresha.
   Kiedyś jeździliśmy normalnym samochodem z trzema miejscami z tyłu, ale kiedy Nicole zaczęła chodzić do szkoły, wszystko się zmieniło. W tym samochód. Mój tata planował kupić po prostu coś większego, ale ojciec Roksany, Stephen, uparł się na limuzynę.
   Siadam obok siostry i wyjmuję z torby książkę. Droga jest długa, bo nasza rezydencja znajduje się za miastem. Jakaś godzina drogi, piętnaście minut mniej, jeśli Esteban chce trochę poszaleć za kółkiem.
   Tresh wyjmuje śniadanie z plecaka, a Roksana się maluje.
-Esteban, nie trząś tam! – krzyczy Roksana, która siedzi na drugim końcu samochodu. Wszystko, byle być jak najdalej od nas. A my nad tym jakoś szczególnie nie ubolewamy.
-Co czytasz? – pyta Tresh.
-,,Makbeta” – wyjaśniam, choć pewnie mało go to obchodzi.
-To trzeba było przeczytać na dziś na literaturę, nie?
-Mhm – mruczę, bo już jestem w innym świecie.
-Ups, zapomniałem.
-Spoko, też nie przeczytałem – pociesza go Roksana, malując usta szminką.
   W tym momencie Esteban hamuje, a jej ręka (wraz ze szminką) pędzi w stronę ucha. Na jej policzku zostaje wielka czerwona szrama.
-Zajebiście – mruczy z ironią.
   Dopiero wtedy Tresh zwraca na nią uwagę i wybucha niepohamowanym śmiechem.
-Zamknij japę – odpowiada mu i ściera szminkę chusteczką. – Teraz przy okazji zetrę cały puder – marudzi przy tym.
-O nie, co to będzie? Mam zakryć oczy?
Czytam ostatnią stronę „Makbeta”, kiedy Esteban mówi, że jeszcze piętnaście minut drogi.
   Po chwili chowam książkę do torby i wyjmuję jabłko.
   W końcu droga się kończy i jesteśmy na miejscu.             
  Tresh, Roksana i ja idziemy do prawego skrzydła, Nicole do lewego. Wszystko przez podziały wiekowe. Jesteśmy od niej o siedem lat starsi.
    Przechodzimy do szatni, gdzie zostawiamy kurtki i idziemy pod klasę. Dziś pierwsza jest matematyka. Super, myślę z ironią.
   Na korytarzu spotykam moją przyjaciółkę Meredith. Chodzimy razem do klasy. Zresztą do tej samej, co Tresh i Roksana.
-Hej – witam się.
-Cześć. Jak tam droga? – Meredith mieszka dwie ulice od szkoły i zawsze zastanawia się jak to jest tyle jechać.
-Długa, deszczowa. Jak zawsze – ucinam, bo to raczej nudny temat. – Skończyłaś ,Makbeta”?
-Tak, ale dowiedziałam się, że dzisiaj nie ma profesor Noel.
-Ciekawe, czy nas zwolnią, czy dadzą kogoś na zastępstwo.
-A czy kiedykolwiek nas zwolnili? – zadaje pytanie retoryczne.
   W tym momencie rozlega się dzwonek. Wchodzę do klasy i siadam w ostatniej ławce, przy oknie. Obok mnie siada Meredith, a przed nami Tresh i jego kumpel Michael.
   Sześć nudnych lekcji później czekamy przed salą od literatury.
-Ciekawe kogo nam dadzą na zastępstwo – zastanawia się Hanna, przyjaciółka Roksany.
-Z moim fartem to będzie jakiś nauczyciel matematyki, który postanowi prowadzić lekcje geometrii – mruczę pod nosem.
   Okazuje się, że jednak myliłam się. Drzwi klasy otwiera nam jakaś kobieta, którą widzę po raz pierwszy w życiu. Mając nadzieję, że będziemy mieć wolną lekcję, wyjmuję telefon i odpalam 2048. Siadam do ławki, a obok mnie usadawia się Meredith.
-Ciągle w to grasz? – szepcze.
-Wciąga.
   Wstajemy i mówimy „dzień dobry” po czym wracam do gry.
   Nauczycielka odchrząkuje. Wzrok wszystkich zwraca się ku niej.
-Nazywam się Johanna May i jestem nową nauczycielką literatury.
   Wszyscy wydobywają z siebie coś w stylu jęku. Ona niezrażona kontynuuje.
-Dziś zajmiemy się legendami.
   Ręka Logana, klasowego kujonka i lizusa, wystrzeliwuje w górę.
-Tak? – pyta pani May.
-Mieliśmy zacząć omawiać ,,Makbeta”.
-Stul pysk – chciał szepnąć Tresh. Niestety wszyscy go usłyszeli.
-Jak ty się wyrażasz?! –burzy się nauczycielka. – Jak masz na imię? – zwraca się do Logana.
-Logan, proszę pani.
-Dziękuję, Loganie, za tę informację, ale wolę, żeby „Makbeta” omówiła z wami profesor Noel.
   Kujon wydaje się być smutny, ale Tresh nie kryje radości.
-A ty, chłopcze – zwraca się do mojego przyjaciela - skoro tak bardzo nie przepadasz za ,,Makbetem”, to może opowiesz nam jakąś miejscową legendę?
-No dobrze – odpowiada. – Nie chcę kolejnej jedynki. Więc tak: za siedmioma lasami, za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma jeziorami, za siedmioma… stawami, za siedmioma… basenami.
   Klasa wybucha śmiechem.
-Siadaj i bądź cicho! Tak właśnie mi się wydawało, że ogółem mało wiesz – mruknęła. – Czy jest tu ktoś, kto chciałby coś opowiedzieć?
   Ręka Logana znowu się uniosła.
-Proszę bardzo, Loganie. Opowiadaj.
   I w tym momencie skupiałam się już tylko na 2048. Chyba reszta klasy też nie była zainteresowana.
   W półsłowa Logana przerywa Diana, krzycząc jak idiotka.
-Co się stało?! – niepokoi się pani May.
-Nie nic, przepraszam – mówi dziewczyna czerwona jak burak.
   Jej brat, Jason, który siedzi po mojej lewej, zaczyna się śmiać.
   Wychylam się z ławki, w jego stronę.
-Co jej? – pytam.
-Gra w Eyes’a.
   To wiele wyjaśnia. Meredith swego czasu też w to grała. Chodzisz po nawiedzonym domu i zbierasz worki z pieniędzmi. Gdy zbierzesz ich określoną ilość możesz wyjść i wygrywasz. Co w tym strasznego? Po domu chodzi zjawa (właściwie tylko jej głowa i kilka żył, które ledwo trzymają się szyi). Jak cię złapie, nie jest dobrze.
   W pewnym momencie Logan przestaje mówić, co chyba oznacza, że skończyła opowiadać.
-Czy ktoś jeszcze chce coś opowiedzieć? – pyta pani May.
   Nikt się nie zgłasza.
-No dobrze... więc ja wam coś opowiem – to mówiąc wstaje i zaczyna chodzić po klasie. Chowam telefon.
-Dawno, dawno temu…
-Za siedmioma górami, za siedmioma lasami – szepczę do Meredith, a ona zaczyna chichotać.
-… żyła sobie para: Penelopa i Ronald. Wybudowali piękny dom, który stoi do dziś. Byli bardzo bogaci. Biedacy z pobliskich wiosek schodzili się pod ich bramę i prosili o pieniądze bądź jedzenie. Jednak Ronald zawsze odmawiał. Żyli tak kilka lat. Na dwudzieste piąte urodziny Penelopy Ronald podarował jej naszyjnik. Nazywał go Amuletem Szczęścia. Powiedział Penelopie, że będzie ją chronić, gdy go nie będzie. Wyjechał daleko, a Penelopa została sama. Biedacy ciągle stali pod bramą. Kobieta tym razem dawała im wszystko, czego pragnęli, bowiem nie była tak skąpa jak jej mąż. Oddała im jedzenie, biżuterię, ubrania i pieniądze. W pewnym momencie Penelopie została już tylko jedna suknia i Amulet Szczęścia. Podarowała go biednej kobiecie, która miała piątkę niedożywionych dzieci. Stwierdziła, że jej szczęście przyda się bardziej. Penelopa nagle bardzo źle się poczuła i udała się do swojej sypialni. Zasnęła i już nigdy się nie obudziła. Umarła.
   Po kilku dniach wrócił Ronald. Zauważył brak cennych ozdób. Zdenerwowany zaczął szukać żony. Odnalazł ją martwą w łóżku. Pogrążony w rozpaczy był pewny, iż jakiś biedak najpierw ją otruł, a potem okradł. Postanowił się zemścić.
   Chodził od chaty do chaty biedaków, szukając swoich rzeczy. Gdy natknął się na kobietę z Amuletem Szczęścia na szyi, szybko go z niej zerwał i zabił…
-No to nie przyniosło to jej zbytniego szczęścia – wtrąca się Roksana, całkiem logicznie.
-Nie przerywaj! – krzyczy. – Na czym to skończyłam?
   Dzwonek.
-I jak to się skończyło? – pyta Logan
-Ode mnie dowiecie się po weekendzie. Chyba że pani Noel wróci. Jeśli was to interesuję to sprawdźcie w bibliotece. Ode mnie to wszystko, do widzenia.
   Czym prędzej wybiegam z sali.
-Na razie! – krzyczę do Meredith.
   Kieruję się do lewego skrzydła. To ja zawsze odbieram Nicole. Lekcje kończy przede mną, ale potem siedzi w świetlicy.
-Dzień dobry – witam się z jej wychowawczynią.
-Dzień dobry, Alison! – uśmiecha się promiennie jak słońce.
   W przeciwieństwie do moich nauczycieli, ta pani jest miła.
   Nicole jak zwykle siedzi przy stoliku i rysuje. Ma osiem lat i wychodzi jej to lepiej niż mi.
-Hej – przysiadam się do niej. – Co tam masz?
   Podnosi głowę i odwraca rysunek do mnie. Przedstawia pieski. Nicole zawsze chciała mieć psa.
-Już się zbieramy. Jane, chodź.
-Jane?
-No przecież miała u nas nocować. Zapomniałaś?
   No tak, jak zwykle nie zostałam o niczym poinformowana.
   Jane jest najlepszą przyjaciółką Nicole. Niczym bym się nie martwiła, gdyby nie to, że godzina drogi z Jane i Treshem w jednym samochodzie może się skończyć źle. On nie toleruje jej, od kiedy podarła mu wypracowanie, które przepisywał z Wikipedii przez całą noc, tylko dlatego, że jej się nie podobało. Mój przyjaciel przyznał, że najchętniej by ją wtedy sprał po pysku. Nienawidzi dzieci, z wyjątkiem Nicole. Niejednokrotnie mówił, że dziękuje rodzicom za to, że ma psa, a nie rodzeństwo.
   Nadal leje. Biegniemy do limuzyny. Oczywiście Roksana i Tresh już tam są. Ruszamy.
   Godzinę drogi najchętniej spędziłabym w milczeniu, bo jak po każdym piątku, jestem wykończona, ale jak widać Tresh ma inne plany.
-Będziesz chciała pograć w badmintona?
-Przecież leje – odpowiadam.
-A jak przestanie?
-Okay.
  Resztę drogi spędzam grając w 2048.
   Po godzinie spędzonej w samochodzie idziemy do naszych domów. Nicole i ja mieszkamy w środkowej części rezydencji, Tresh w prawej, a Roksana w lewej. Nadal pada, więc nici z badmintona. Wchodzę do domu i czuję aromatyczny zapach kurczaka. Idę do mojego pokoju, gdzie zostawiam torbę. Schodzę na dół, do kuchni, by zaspokoić głód. Zastaję tam mamę, która stoi przy garach.
-Cześć, mamo – witam się.
-Cześć, skarbie. Jak w szkole?
   To samo pytanie od kilku lat. Czy rodzice kiedyś zrozumieją, że żadna ciekawa rozmowa nie zaczyna się od ,,Jak w szkole?”?
-Nuuuuda – mówię, w duchu mając nadzieję, że zrozumie, iż nie chce mi się gadać.
-Jakieś oceny?
   Niech to szlag.
-Żadne.
-Aha… Zawołaj Nicole i siadajcie do stołu.
-I Jane – przypominam jej.
   Idę do pokoju Nicole. Nie zawracam sobie głowy pukaniem do drzwi, po prostu wchodzę i informuję dziewczyny. Schodzą razem ze mną. Wspólnie z mamą zasiadamy do stołu.
-Smacznego – mówi mama.
   Jemy w ciszy, którą nagle przerywa trzaskanie drzwi. Potem słyszę tupot stóp i w kuchni pojawia się Tresh.
-Dzień dobry – wita go moja mama.
-Dzień dobry. Było otwarte, to wszedłem. Alison, deszcz przestał padać, to może pogramy?
-Pewnie, ale najpierw skończę jeść. Przyjdę po ciebie, gdy będę gotowa.
-Alison, gdzie twoje maniery?! – wtrąca się mama, która zawsze bardzo lubiła Tresha. – Tresh, zostań z nami. Zjedz coś, musisz być bardzo głodny. Tyle macie teraz kartkówek, że pewnie ciągle się uczysz i nawet nie zwracasz uwagi na regularne posiłki.
   Z trudem powstrzymuję śmiech. Tresh natomiast nie wytrzymuje i nim wybucha.
-Nie ma się co śmiać. – Mama najwyraźniej nie załapała. – To co, wyjąć ci talerzyk?
   Tresh przelatuje wzrokiem stół. Jego spojrzenie natrafia na Jane. Pewnie najchętniej poszedłby do domu, ale zaraz potem patrzy na kurczaka, a ja już wiem, jaka będzie jego odpowiedź.
-Pewnie, bardzo chętnie.
   Mama podaje mu talerz i sztućce. Tresh nakłada sobie trzy nóżki kurczaka, ryż i groszek.
   Przy mojej mamie Tresh je wszystko nożem i widelcem, ale ja doskonale wiem, że najchętniej wziąłby nóżkę w dłoń i wsadził sobie do paszczy.
-Jane, może groszku? – zaproponowała moja mama.
   Dziewczynka krzywi się, jakby poczuła przykry zapach.
-Nie lubię! – zaprotestowała.
-A jadłaś kiedyś? – zapytał Tresh.
   Jane pokręciła głową.
-No to skąd wiesz, że nie lubisz? – Mój przyjaciel silił się na opanowany ton, ale niespecjalnie mu to wychodziło.
-Nie lubię i już! – dziewczynka wzruszyła ramionami i opuściła głowę.
   Tresh popatrzył na nią jak na wariatkę. Już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale moja mama mu na to nie pozwoliła.
-Dobrze, już dobrze. Jeśli Jane nie chce to dajcie jej spokój – posłała uśmiech w kierunku dziecka.
   W odpowiedzi uzyskała tylko prychnięcie dziewczynki.
________________________________________________________
Mamy nadzieję, że pierwszym rozdziałem zrobiłyśmy na Was dobre wrażenie. Następny będzie z perspektywy Roksany, więc przygotujcie się na coś innego.
Weronika i Natalia

Krótko (chociaż nie do końca) o książce

Ze względu na to, że piszemy naszą książkę już prawie rok, za namową koleżanki (która jest naszym pierwszym czytelnikiem, a także narysowała kilka ilustracji do powieści) postanowiłyśmy zacząć gdzieś publikować rozdziały. Ostrzegamy, że są one dość krótkie, a akcję wprowadzamy dość wolno, bardziej skupiając się na wątkach pobocznych.
 Nasza książka opowiada o trojgu znajomych - Alison, Roksanie i Treshu (błąd w imieniu jest zamierzony) - właściwie sąsiadów, którzy na lekcjach literatury poznają tajemniczą legendę o Ronaldzie i Penelopie. (Trudno napisać więcej, nie spoilerując, tak więc zapraszamy do przeczytania i zapoznania się z historią). By się nikt nie pogubił, przedstawimy postacie występujące w naszej książce.

Rodzina Turnerów:
Carmen Turner (mama Alison i Nicole, żona Drake'a)
Drake Turner (tata Alison i Nicole, mąż Carmen)
Alison Turner (starsza siostra Nicole)
Nicole Turner (młodsza siostra Alison)

Rodzina Brownów:
Tiffany Brown (mama Tresha, żona Johnny'ego)
Johnny Brown (tata Tresha, mąż Tiffany)
Tresh Brown (musimy to pisać?)
Kot (pies Tresha)

Rodzina Harrisonów:
Isabelle Harrison (mama Roksany, Chanel i Adriana, żona Stephena)
Stephen Harrison (tata Roksany, Chanel i Adriana, mąż Isabelle)
Roksana (siostra Chanel i Adriana, najmłodsza z rodzeństwa)
Chanel (siostra Roksany, Adriana)
Adrian Harrison (brat Roksany i Chanel, najstarszy z rodzeństwa)

Pozostałe postacie:
Esteban (szofer)
Meredith Connor (przyjaciółka Alison)
Hanna Wood (przyjaciółka Roksany)
Michael Jacobsen (przyjaciel Tresha)
Profesor Dragon (wychowawczyni głównych bohaterów, nauczycielka matematyki)
Logan Longer (klasowy kujon)
Trener Smith (wuefista)


Miało być krótko, no ale wyszło jak zawsze. Tak, wiemy, te podpisy przy członkach rodziny to jak dla ułomnych. W każdym razie mamy nadzieję, że dzięki temu będzie się Wam w tym wszystkim łatwiej połapać. Poniżej rysunek koleżanki.
Natalia i Weronika