niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 1 - Alison - Legenda

-Pospieszcie się!
   To Esteban, nasz szofer. Zawsze odwozi  nas do szkoły. Nas to znaczy moją siostrę Nicole, Tresha, Roksanę i mnie.
-Już idę! – odkrzykuję. – Nicole, chodź – mówię do małej.
   Łapie za torbę i rusza za mną.
   Gdy wychodzę widzę, że Roksana właśnie wchodzi do samochodu, a Tresh już w nim siedzi. Zawsze są pierwsi. Nie wiem czemu, bo przecież wstaję na czas.
   Podchodzę do auta i otwieram drzwi. Pierwsza wchodzi Nicole i siada naprzeciwko Tresha.
   Kiedyś jeździliśmy normalnym samochodem z trzema miejscami z tyłu, ale kiedy Nicole zaczęła chodzić do szkoły, wszystko się zmieniło. W tym samochód. Mój tata planował kupić po prostu coś większego, ale ojciec Roksany, Stephen, uparł się na limuzynę.
   Siadam obok siostry i wyjmuję z torby książkę. Droga jest długa, bo nasza rezydencja znajduje się za miastem. Jakaś godzina drogi, piętnaście minut mniej, jeśli Esteban chce trochę poszaleć za kółkiem.
   Tresh wyjmuje śniadanie z plecaka, a Roksana się maluje.
-Esteban, nie trząś tam! – krzyczy Roksana, która siedzi na drugim końcu samochodu. Wszystko, byle być jak najdalej od nas. A my nad tym jakoś szczególnie nie ubolewamy.
-Co czytasz? – pyta Tresh.
-,,Makbeta” – wyjaśniam, choć pewnie mało go to obchodzi.
-To trzeba było przeczytać na dziś na literaturę, nie?
-Mhm – mruczę, bo już jestem w innym świecie.
-Ups, zapomniałem.
-Spoko, też nie przeczytałem – pociesza go Roksana, malując usta szminką.
   W tym momencie Esteban hamuje, a jej ręka (wraz ze szminką) pędzi w stronę ucha. Na jej policzku zostaje wielka czerwona szrama.
-Zajebiście – mruczy z ironią.
   Dopiero wtedy Tresh zwraca na nią uwagę i wybucha niepohamowanym śmiechem.
-Zamknij japę – odpowiada mu i ściera szminkę chusteczką. – Teraz przy okazji zetrę cały puder – marudzi przy tym.
-O nie, co to będzie? Mam zakryć oczy?
Czytam ostatnią stronę „Makbeta”, kiedy Esteban mówi, że jeszcze piętnaście minut drogi.
   Po chwili chowam książkę do torby i wyjmuję jabłko.
   W końcu droga się kończy i jesteśmy na miejscu.             
  Tresh, Roksana i ja idziemy do prawego skrzydła, Nicole do lewego. Wszystko przez podziały wiekowe. Jesteśmy od niej o siedem lat starsi.
    Przechodzimy do szatni, gdzie zostawiamy kurtki i idziemy pod klasę. Dziś pierwsza jest matematyka. Super, myślę z ironią.
   Na korytarzu spotykam moją przyjaciółkę Meredith. Chodzimy razem do klasy. Zresztą do tej samej, co Tresh i Roksana.
-Hej – witam się.
-Cześć. Jak tam droga? – Meredith mieszka dwie ulice od szkoły i zawsze zastanawia się jak to jest tyle jechać.
-Długa, deszczowa. Jak zawsze – ucinam, bo to raczej nudny temat. – Skończyłaś ,Makbeta”?
-Tak, ale dowiedziałam się, że dzisiaj nie ma profesor Noel.
-Ciekawe, czy nas zwolnią, czy dadzą kogoś na zastępstwo.
-A czy kiedykolwiek nas zwolnili? – zadaje pytanie retoryczne.
   W tym momencie rozlega się dzwonek. Wchodzę do klasy i siadam w ostatniej ławce, przy oknie. Obok mnie siada Meredith, a przed nami Tresh i jego kumpel Michael.
   Sześć nudnych lekcji później czekamy przed salą od literatury.
-Ciekawe kogo nam dadzą na zastępstwo – zastanawia się Hanna, przyjaciółka Roksany.
-Z moim fartem to będzie jakiś nauczyciel matematyki, który postanowi prowadzić lekcje geometrii – mruczę pod nosem.
   Okazuje się, że jednak myliłam się. Drzwi klasy otwiera nam jakaś kobieta, którą widzę po raz pierwszy w życiu. Mając nadzieję, że będziemy mieć wolną lekcję, wyjmuję telefon i odpalam 2048. Siadam do ławki, a obok mnie usadawia się Meredith.
-Ciągle w to grasz? – szepcze.
-Wciąga.
   Wstajemy i mówimy „dzień dobry” po czym wracam do gry.
   Nauczycielka odchrząkuje. Wzrok wszystkich zwraca się ku niej.
-Nazywam się Johanna May i jestem nową nauczycielką literatury.
   Wszyscy wydobywają z siebie coś w stylu jęku. Ona niezrażona kontynuuje.
-Dziś zajmiemy się legendami.
   Ręka Logana, klasowego kujonka i lizusa, wystrzeliwuje w górę.
-Tak? – pyta pani May.
-Mieliśmy zacząć omawiać ,,Makbeta”.
-Stul pysk – chciał szepnąć Tresh. Niestety wszyscy go usłyszeli.
-Jak ty się wyrażasz?! –burzy się nauczycielka. – Jak masz na imię? – zwraca się do Logana.
-Logan, proszę pani.
-Dziękuję, Loganie, za tę informację, ale wolę, żeby „Makbeta” omówiła z wami profesor Noel.
   Kujon wydaje się być smutny, ale Tresh nie kryje radości.
-A ty, chłopcze – zwraca się do mojego przyjaciela - skoro tak bardzo nie przepadasz za ,,Makbetem”, to może opowiesz nam jakąś miejscową legendę?
-No dobrze – odpowiada. – Nie chcę kolejnej jedynki. Więc tak: za siedmioma lasami, za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma jeziorami, za siedmioma… stawami, za siedmioma… basenami.
   Klasa wybucha śmiechem.
-Siadaj i bądź cicho! Tak właśnie mi się wydawało, że ogółem mało wiesz – mruknęła. – Czy jest tu ktoś, kto chciałby coś opowiedzieć?
   Ręka Logana znowu się uniosła.
-Proszę bardzo, Loganie. Opowiadaj.
   I w tym momencie skupiałam się już tylko na 2048. Chyba reszta klasy też nie była zainteresowana.
   W półsłowa Logana przerywa Diana, krzycząc jak idiotka.
-Co się stało?! – niepokoi się pani May.
-Nie nic, przepraszam – mówi dziewczyna czerwona jak burak.
   Jej brat, Jason, który siedzi po mojej lewej, zaczyna się śmiać.
   Wychylam się z ławki, w jego stronę.
-Co jej? – pytam.
-Gra w Eyes’a.
   To wiele wyjaśnia. Meredith swego czasu też w to grała. Chodzisz po nawiedzonym domu i zbierasz worki z pieniędzmi. Gdy zbierzesz ich określoną ilość możesz wyjść i wygrywasz. Co w tym strasznego? Po domu chodzi zjawa (właściwie tylko jej głowa i kilka żył, które ledwo trzymają się szyi). Jak cię złapie, nie jest dobrze.
   W pewnym momencie Logan przestaje mówić, co chyba oznacza, że skończyła opowiadać.
-Czy ktoś jeszcze chce coś opowiedzieć? – pyta pani May.
   Nikt się nie zgłasza.
-No dobrze... więc ja wam coś opowiem – to mówiąc wstaje i zaczyna chodzić po klasie. Chowam telefon.
-Dawno, dawno temu…
-Za siedmioma górami, za siedmioma lasami – szepczę do Meredith, a ona zaczyna chichotać.
-… żyła sobie para: Penelopa i Ronald. Wybudowali piękny dom, który stoi do dziś. Byli bardzo bogaci. Biedacy z pobliskich wiosek schodzili się pod ich bramę i prosili o pieniądze bądź jedzenie. Jednak Ronald zawsze odmawiał. Żyli tak kilka lat. Na dwudzieste piąte urodziny Penelopy Ronald podarował jej naszyjnik. Nazywał go Amuletem Szczęścia. Powiedział Penelopie, że będzie ją chronić, gdy go nie będzie. Wyjechał daleko, a Penelopa została sama. Biedacy ciągle stali pod bramą. Kobieta tym razem dawała im wszystko, czego pragnęli, bowiem nie była tak skąpa jak jej mąż. Oddała im jedzenie, biżuterię, ubrania i pieniądze. W pewnym momencie Penelopie została już tylko jedna suknia i Amulet Szczęścia. Podarowała go biednej kobiecie, która miała piątkę niedożywionych dzieci. Stwierdziła, że jej szczęście przyda się bardziej. Penelopa nagle bardzo źle się poczuła i udała się do swojej sypialni. Zasnęła i już nigdy się nie obudziła. Umarła.
   Po kilku dniach wrócił Ronald. Zauważył brak cennych ozdób. Zdenerwowany zaczął szukać żony. Odnalazł ją martwą w łóżku. Pogrążony w rozpaczy był pewny, iż jakiś biedak najpierw ją otruł, a potem okradł. Postanowił się zemścić.
   Chodził od chaty do chaty biedaków, szukając swoich rzeczy. Gdy natknął się na kobietę z Amuletem Szczęścia na szyi, szybko go z niej zerwał i zabił…
-No to nie przyniosło to jej zbytniego szczęścia – wtrąca się Roksana, całkiem logicznie.
-Nie przerywaj! – krzyczy. – Na czym to skończyłam?
   Dzwonek.
-I jak to się skończyło? – pyta Logan
-Ode mnie dowiecie się po weekendzie. Chyba że pani Noel wróci. Jeśli was to interesuję to sprawdźcie w bibliotece. Ode mnie to wszystko, do widzenia.
   Czym prędzej wybiegam z sali.
-Na razie! – krzyczę do Meredith.
   Kieruję się do lewego skrzydła. To ja zawsze odbieram Nicole. Lekcje kończy przede mną, ale potem siedzi w świetlicy.
-Dzień dobry – witam się z jej wychowawczynią.
-Dzień dobry, Alison! – uśmiecha się promiennie jak słońce.
   W przeciwieństwie do moich nauczycieli, ta pani jest miła.
   Nicole jak zwykle siedzi przy stoliku i rysuje. Ma osiem lat i wychodzi jej to lepiej niż mi.
-Hej – przysiadam się do niej. – Co tam masz?
   Podnosi głowę i odwraca rysunek do mnie. Przedstawia pieski. Nicole zawsze chciała mieć psa.
-Już się zbieramy. Jane, chodź.
-Jane?
-No przecież miała u nas nocować. Zapomniałaś?
   No tak, jak zwykle nie zostałam o niczym poinformowana.
   Jane jest najlepszą przyjaciółką Nicole. Niczym bym się nie martwiła, gdyby nie to, że godzina drogi z Jane i Treshem w jednym samochodzie może się skończyć źle. On nie toleruje jej, od kiedy podarła mu wypracowanie, które przepisywał z Wikipedii przez całą noc, tylko dlatego, że jej się nie podobało. Mój przyjaciel przyznał, że najchętniej by ją wtedy sprał po pysku. Nienawidzi dzieci, z wyjątkiem Nicole. Niejednokrotnie mówił, że dziękuje rodzicom za to, że ma psa, a nie rodzeństwo.
   Nadal leje. Biegniemy do limuzyny. Oczywiście Roksana i Tresh już tam są. Ruszamy.
   Godzinę drogi najchętniej spędziłabym w milczeniu, bo jak po każdym piątku, jestem wykończona, ale jak widać Tresh ma inne plany.
-Będziesz chciała pograć w badmintona?
-Przecież leje – odpowiadam.
-A jak przestanie?
-Okay.
  Resztę drogi spędzam grając w 2048.
   Po godzinie spędzonej w samochodzie idziemy do naszych domów. Nicole i ja mieszkamy w środkowej części rezydencji, Tresh w prawej, a Roksana w lewej. Nadal pada, więc nici z badmintona. Wchodzę do domu i czuję aromatyczny zapach kurczaka. Idę do mojego pokoju, gdzie zostawiam torbę. Schodzę na dół, do kuchni, by zaspokoić głód. Zastaję tam mamę, która stoi przy garach.
-Cześć, mamo – witam się.
-Cześć, skarbie. Jak w szkole?
   To samo pytanie od kilku lat. Czy rodzice kiedyś zrozumieją, że żadna ciekawa rozmowa nie zaczyna się od ,,Jak w szkole?”?
-Nuuuuda – mówię, w duchu mając nadzieję, że zrozumie, iż nie chce mi się gadać.
-Jakieś oceny?
   Niech to szlag.
-Żadne.
-Aha… Zawołaj Nicole i siadajcie do stołu.
-I Jane – przypominam jej.
   Idę do pokoju Nicole. Nie zawracam sobie głowy pukaniem do drzwi, po prostu wchodzę i informuję dziewczyny. Schodzą razem ze mną. Wspólnie z mamą zasiadamy do stołu.
-Smacznego – mówi mama.
   Jemy w ciszy, którą nagle przerywa trzaskanie drzwi. Potem słyszę tupot stóp i w kuchni pojawia się Tresh.
-Dzień dobry – wita go moja mama.
-Dzień dobry. Było otwarte, to wszedłem. Alison, deszcz przestał padać, to może pogramy?
-Pewnie, ale najpierw skończę jeść. Przyjdę po ciebie, gdy będę gotowa.
-Alison, gdzie twoje maniery?! – wtrąca się mama, która zawsze bardzo lubiła Tresha. – Tresh, zostań z nami. Zjedz coś, musisz być bardzo głodny. Tyle macie teraz kartkówek, że pewnie ciągle się uczysz i nawet nie zwracasz uwagi na regularne posiłki.
   Z trudem powstrzymuję śmiech. Tresh natomiast nie wytrzymuje i nim wybucha.
-Nie ma się co śmiać. – Mama najwyraźniej nie załapała. – To co, wyjąć ci talerzyk?
   Tresh przelatuje wzrokiem stół. Jego spojrzenie natrafia na Jane. Pewnie najchętniej poszedłby do domu, ale zaraz potem patrzy na kurczaka, a ja już wiem, jaka będzie jego odpowiedź.
-Pewnie, bardzo chętnie.
   Mama podaje mu talerz i sztućce. Tresh nakłada sobie trzy nóżki kurczaka, ryż i groszek.
   Przy mojej mamie Tresh je wszystko nożem i widelcem, ale ja doskonale wiem, że najchętniej wziąłby nóżkę w dłoń i wsadził sobie do paszczy.
-Jane, może groszku? – zaproponowała moja mama.
   Dziewczynka krzywi się, jakby poczuła przykry zapach.
-Nie lubię! – zaprotestowała.
-A jadłaś kiedyś? – zapytał Tresh.
   Jane pokręciła głową.
-No to skąd wiesz, że nie lubisz? – Mój przyjaciel silił się na opanowany ton, ale niespecjalnie mu to wychodziło.
-Nie lubię i już! – dziewczynka wzruszyła ramionami i opuściła głowę.
   Tresh popatrzył na nią jak na wariatkę. Już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale moja mama mu na to nie pozwoliła.
-Dobrze, już dobrze. Jeśli Jane nie chce to dajcie jej spokój – posłała uśmiech w kierunku dziecka.
   W odpowiedzi uzyskała tylko prychnięcie dziewczynki.
________________________________________________________
Mamy nadzieję, że pierwszym rozdziałem zrobiłyśmy na Was dobre wrażenie. Następny będzie z perspektywy Roksany, więc przygotujcie się na coś innego.
Weronika i Natalia

8 komentarzy:

  1. Ogólnie to... fajna część. Dobry pomysł z czasem teraźniejszym w narracji, jakaś miła odmiana, aczykolwiek to dziwnie się trochę przestawić na nią po książkach, gdzie głównie jest cz. przeszły. Nie uważam to za minus, bo sama lubię gdy coś jest pisane w cz. teraźniejszym. Wbrew wszystkiemu trudno w nim pisać, ponieważ czasem można zapomnieć o właściwym czasie lub trudno dobrać słowa, aby pasowały. Fajnie, że w "opowiadaniu" występują dziwne, niespotykane imiona, chociaż przez to to daje fabule aurę... nie polską, dlatego dziwnie (akurat mi) się czyta nagle, że ich lekturą była "Balladyna". Jakby oderwane od reszty... Jeżeli zaś chodzi o styl pisania, pomysł i fabułę to... nie zaciekawiła mnie. Jakoś tak nie przypadła mi niestety do gustu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze napisane, dotarłam się tylko małego niedociągnięcia, ale w sumie to nie ważne. Sylwia w jakim piszecie jest bardzo rozluźniający, można powiedzieć, że miło się to czyta. Kontynuujcie. Aczkolwiek od razu mówię, że preferuję fantasy dlatego reczej nie będę czytać dalej. Ale kto wie.. może jednak się wciągnę?

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapomniałam o podpisie..
    ~G.A.N.D.A.L.F

    OdpowiedzUsuń
  4. Obiecałam, więc jestem! Dzień dobry. (Ok, dobry wieczór, komentarz się rozrósł.)
    "-Już idę!" -> - Już idę! Myślnik i kwestię zawsze rozdziela spacja. Zawszezawsze.
    Warto poczytać na temat interpunkcji w dialogach, bo to jaką literą zaczynamy didaskalia, nie zależy od znaku interpunkcyjnego, a od tego czy czynność jest "gębowa". Wbrew pozorom to nieskomplikowana sprawa, łatwo to opanować.
    W całym tekście szaleją czasy i czyta się to trochę niefajnie. Najlepiej trzymać się jednego, w którym czujemy się swobodnie i jeśli są z tym problemy czytać tekst przed publikacją, najlepiej głośno. To pomaga, wiem z doświadczenia.
    Zgadzam się z Fobos - te wszystkie obcojęzyczne imiona kłócą się z tym, że za lekturę dostali polską książkę. Szekspir dobry wszędzie i zawsze.
    Nie mogę wiele powiedzieć o całokształcie, a przynajmniej nic więcej ponad to, na co zwróciłam już na asku. Niektóre zdania są takie drewniane i mechaniczne. Zrobiłam, usiadłam, umarłam. Emocje mają wakacje.
    Podobała mi się legenda o Penelopie, fajna z niej babka, naprawdę. Ronaldzie, twoje imię jest przeklęte, ludzie, których tak nazwano są palantami. Koniec zaciekawił mnie do tego stopnia, że nawet poszukałam tej legendy, ale... jej nie ma. Roksana powinna siedzieć cicho i słuchać, chciałam się dowiedzieć.
    Cóż, pozostaje mi tylko życzyć Wam weny i czasu. Pozdrawiam!
    fangirl

    OdpowiedzUsuń
  5. no nawet fajne :D
    lekko piszecie i to jest plus :3
    Tylko, gdzie się dzieje akcja (bo chyba przeoczyłam xD) ?
    W polsce czy gdzie idziej, czy to wymyślone miejsce?? :3
    Weny życzę ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wymyślone państwo, które umiejscowiłyśmy w Europie Zachodniej.

      Usuń
  6. Hej, hej! Zostawiłam Was kiedyś w zakładkach no i jestem! :3
    ESTEBAAAN! NIEMATOJAKHOTELXD Tak mi się przypomniało. :X
    Uparł się na limuzynę? NADZIANIIIIIIII!
    MAKBET! SZEKSPIR ISHISHIS!
    Lubię Tresha, ej. :3 :3
    Ale fajnie, że na lekcji literatury opowiadają sobie legendy lelel
    HISTORIA O PENELOPIE ŚWIETNA. ^_^
    Fajny rozdział! Lecę czytać dalej. :3 :3
    Ach i zapraszam oczywiście do mnjęęęu. <3 ♥

    http://xyingzi.blogspot.com/


    XOXO ~ NATT!

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapowiada się bardzo ciekawa książka. :) Nie jestem zbyt wylewna w słowach, więc po prostu napiszę, że bardzo mi się podoba
    pozdrawiam xx ☻ (XD)
    ps. możecie przyczepić się do nazwy :))))))))))))))))))

    OdpowiedzUsuń