piątek, 20 lutego 2015

Rozdział 3 - Tresh - Zguba w lesie

   Siedzę w altance z Alison i bachorami, jedząc już czwartą kiełbaskę. W końcu odpuszczam sobie piątą i otwieram czekoladę. Jane natychmiast pakuje łapska w opakowanie, mimo że nawet nie zdążyłem jej dobrze otworzyć.
-Won mi z tymi łapskami – warczę.
-No to daj tę czekoladę na stół – odpowiada bachor.
-Proszę – to mówiąc rzucam tabliczką czekolady na stolik.
   Mała dziewczynka urywa sobie cztery paski czekolady.
-No co ty robisz?! – denerwuję się.
   To przecież mi mama Alison dała te smakołyki.
-No co? – pyta z pełnymi ustami. – Lubię czekoladę.
-Każdy lubi czekoladę – cedzę przez zaciśnięte zęby.
   Najchętniej poszedłbym stąd jak Roksana, ale nie mogę zostawić Alison samej. Od Roksany nikt niczego nie wymagał, bo tak naprawdę jej też nikt nie lubi. No ale nie jest nawet w połowie tak irytująca jak przyjaciółka Nicole. Naprawdę, nie rozumiem, dlaczego tak inteligentna dziewczynka się z nią przyjaźni.
-Która jest godzina? – pyta Nicole.
-Dwudziesta dochodzi – odpowiadam.
-To może my już pójdziemy się myć – Nicole wstaje razem Jane.
   Idą, zostawiając Alison i mnie samych.
-Jakie głupie dziecko – załamuję ręce.
-Jak but z lewej nogi.
   Wspólne gasimy ognisko i zabieramy jedzenie do domu Alison. Żegnam się z nią i jej mamą, która wciska mi na pożegnanie moje ulubione pierniczki.
   Wracam do domu, gdzie rozwalam się na kanapie, odpalam telewizor i skaczę po kanałach. Trafiam na program dokumentalny o nietypowych uzależnieniach. Od pewnego czasu ciągle na niego trafiam i śmieję się z ludzi, którzy tam występują. Dziś jest o kobiecie, która nałogowo je gąbki. Już wiem, z czego jeszcze się pośmieję dziś wieczór.
   Po programie idę zjeść pierniczki od mamy Alison. W tym samym czasie dzwoni do mnie telefon. Dowiaduję się, że moi rodzice są z rodzicami Roksany na jakiejś imprezie i nie będzie ich przez całą noc. Żadna nowość.
   Nie wiem, co robić, więc wychodzę z Kotem na dwór. Oczywiście nie obędzie się od rozwrzeszczanych bachorów, które muszą pogłaskać. I stale te pytania: „To husky?”. A ja muszę cierpliwie im przytakiwać.
   Wychodzę z domu. W jednej ręce trzymam smycz, a w drugiej batona. Zamykam dom i udaję się w stronę małego lasku. Gdy dochodzę na miejsce, spuszczam Kota ze smyczy tak, aby mógł się wybiegać. Jestem niezmiernie szczęśliwy, bo po drodze nie spotkałem żadnego dzieciaka. No tak, przecież już po dziewiątej, pewnie śpią. Już mam nadzieję, że tak będzie do końca, gdy słyszę za plecami jakiś głos.
-Tresh?
-Logan? – pytam, mając cichą nadzieję, że to na przykład Alison,  która miała dziś wieczór przebrać się za małego kujonka.
-Co ty tu robisz o tak późnej porze?
-Zmiłuj się, jest piątkowy wieczór i nawet ty jeszcze nie śpisz.
   Twarz Logana nagle robi się pochmurna.
-Wierz mi, bardzo bym chciał, ale zgubiłem się.
-Dlatego lalusie nie powinny wchodzić do lasu – mruczę pod nosem, a on robi się czerwony.
   Oczy Logana zachodzą łzami.
-Poomóóóż – ryczy, a z nosa zwisa mu długi, obleśny glut.
   Natychmiast sięga po chusteczkę i wyciera nos. To pewnie jedna z bardziej ekscytujących czynności, jakie wykonywał w tym tygodniu.
-Dobra, a nie masz przy sobie telefonu, czy coś…?
   Patrzy na mnie jak prokurator na kryminalistę.
-Czy ty jesteś poważny?! Nie wiesz, jak takie rzeczy uzależniają?!
   Że też akurat dzisiaj zostawiłem telefon w domu, aby się naładował.
   Nie mam ochoty dłużej prowadzić tej dyskusji, a przecież nawet ja nie jestem takim chamem, by zostawić tę bezbronną pierdołę w lesie na pastwę losu.
-Okay, chodź do mnie. Stamtąd zadzwonisz.
   Wkładam dwa palce do ust i gwiżdżę, a po kilkunastu sekundach Kot staje przy mojej nodze.
   Logan nie wygląda na miłośnika zwierząt.
-T-t-to p-pies? – pyta.
-Co? Skąd ci to przyszło do głowy? To moja złota rybka, nie widać?
                                                       * * *
-Ty naprawdę tu mieszkasz? – pyta Logan, gdy docieramy na miejsce.
-Tiaaaa. Chcesz coś zjeść?
-Mogę. Nie przepadam tylko za czerniną, móżdżkiem małpy i kawiorem. I chipsami. Chipsy to rak w postaci plasterków, które ponoć są z ziemniaków. I cukierków, które są jednym z wielu wcieleń próchnicy. I…
-Dobrze, dobrze, odgrzeję ci pizzę.
-Zwariowałeś?! Wiesz, ile ona ma…
-Dobra! – przerywam mu. – A chcesz zapiekankę?
-Ser jest niezwykle tuczący.
-To może chcesz tylko wodę? – pytam zrezygnowany.
-Proponowałeś jedzenie – przypomina.
   Tracę już cierpliwość. Trzeba było zostawić go w lesie.
-No to sam sobie coś z mojej lodówki wybierz! – krzyczę.
-Nie wypada – odpowiada całkowicie opanowany.
   Pomocy! Nie wytrzymam, a ja bardzo nie chcę spędzać dwudziestu pięciu lat w więzieniu.
-Co lubisz? – daję mu ostatnią szansę.
-Pomidory, paprykę, brukselkę, marchewkę… - wymienia.
   Wyciągam z lodówki pomidora i rzucam go Loganowi. Ledwo łapie, ale to i tak więcej, niż się spodziewałem.
- A sztućce? – pyta.
-Do pomidora?!  Jedz jak pomarańczę.
-Czyli mam go obrać?
   Ręce mi opadają.
-To jak jabłko! – drę się.
-A dostanę chociaż talerz?
-Ta, weź sobie. Ja pójdę po telefon.
   Tym razem Logan nie mówi nic o tym, że to niekulturalne.
   Lecę na górę i chwytam za telefon. Jest naładowany. Zanim go znoszę na dół, szybko wysyłam SMS do Alison.
Alison, pomocy!
    Otrzymałem odpowiedź od razu.
Co jest?
   Odpisałem:
Nie uwierzysz, póki nie zobaczysz. Przychodź!

3 komentarze:

  1. kochamkochamkochamkocham ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
  2. haha :D
    nawet fajne :3
    tylko sie dalej gubie w postaciach ;-; ale to przejdzie xD
    weny życzę ;3

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne *.* czekam na next ..

    OdpowiedzUsuń